Zdaje się nam, że są sny, które już kiedyś,
gdzieś przeżyliśmy, podobnie jak są przeżycia, o które pytamy
samych siebie czy nie były snem. Nad tym rozmyślałem owego
wieczoru, gdy przewracając papiery, by sprawdzić co jeszcze nadaje
się do spalenia, natrafiłem na list przywołujący wspomnienie
pewnego dziwnego zdarzenia, tak dziwnego, że gdyby nie minęło
zaledwie siedem lat od czasu, kiedy miało ono miejsce, uwierzyłbym,
że w rzeczywistości tylko śniłem lub, że przeczytałem bądź
zasłyszałem o tym dawno temu.
Było to w 1907 roku. Zachorowałem ciężko podczas
pobytu w Bukareszcie i wróciłem do Berlina, do domu. Z trudem
powracałem do zdrowia i wymagałem troskliwej opieki. Na odjezdnym,
doktor polecił mi wystrzegać się nawet najlżejszych wstrząsów
duchowych. Biedny doktor! Wzruszyłem ramionami z uśmiechem i
odpowiedziałem, by był spokojny.
Po
dwuletniej, przymusowej przerwie ponownie oglądałem Berlin. Mam do
Berlina dużą słabość; nawet dość smutne okoliczności
przyjazdu nie zagłuszyły przyjemności, jaką czerpałem z powrotu
do tego miasta. Odnalazłem je takim, jakie zostawiłem: jak zawsze
pełne kwiatów. Nigdy nie wydawało mi się tak piękne jak wówczas,
na początku czerwca.
Jednakże o przemierzaniu i obieganiu miasta jak
dawniej, nie było już mowy. Męczyłem się szybko, a zmęczenie
mogło ułatwić nawrót choroby. Zgodziłem się tedy pozostać
jakiś czas w domu; to poświęcenie wynagradzane mi było po części
pięknem dawnej muzyki grywanej u nas od rana do wieczora. Ogarnięty
słodkim półsnem, pozwalałem rodzić się marzeniom i rozpływać
im do woli w mnogości subtelnych harmonii. Patrzyłem przez okno,
spod półprzymkniętych powiek na falujące kręgi tęczy w wodnym
pyle fontanny znajdującej się pośrodku rozległego ogrodu. Łagodny
wietrzyk z zachodu, kołysał purpurowe girlandy z róż rozwieszone
na tarasie naprzeciwległego domu, przynosząc mi ich zapach. Wieczór
ożywiał cienie, w zwierciadłach tajemniczo drgały dreszcze. To
była pora, na którą czekałem, by podziwiać najpiękniejszy
zakątek placu – nietknięty kawałek lasu, w samym środku miasta
– kilka starych drzew posępnych i gęstych, stworzonych po to, by
służyć za wzór sławnym mistrzom malarstwa.
*
Odnajdywałem
je właśnie w muzeum Fryderyka, na obrazie Ruysdaëla, te same
krzaczaste drzewa ocieniające niszczejący zamek przy wodospadzie.
Niegdyś nie potrafiłem przejść obok niego nie zatrzymawszy się
na dłużej. Spoglądając nań, wracałem bez końca myślami do
kawałka sinawego nieba w głębi obrazu. Jest we mnie zakorzenione,
niczym pozostałość pradawnych wierzeń, nabożne i pogańskie
uwielbienie dla starych drzew. Im to zawdzięczam wielce szlachetne i
poważne inspiracje, gdyż nie wierzę, że istnieje na świecie
ludzki głos czy kunsztowny śpiew, który by mnie poruszył żywiej
niż ów tajemniczy szmer wzbudzany wśród listowia drzew przez
wieczorny podmuch wiatru. Te malowane drzewa cieszyły mnie nawet
bardziej niż prawdziwe; ów niewielki, pełen melancholii pejzaż
jawił mi się, niczym zwierciadło mej duszy.
Przychodziłem
do muzeum dość często. Choć tak bardzo pochłaniała mnie
kontemplacja pejzaży, nie traciłem z oczu innych zwiedzających,
niekiedy interesujących, więc często dostrzegałem wśród nich
młodego człowieka, który zwłaszcza tam, przyciągnąłby uwagę
każdego, można było o nim śmiało powiedzieć, iż zszedł ze
starego płótna za sprawą jakiegoś czaru. Czy istnieje droższa
przyjemność dla tych, którzy hołdują przeszłości, od spotkania
żywej ikony minionych wieków? Dwa lata wcześniej dostrzegłem w
sali z malarstwem francuskim kobietę, która kopiowała Marię
Mancini z obrazu Mignarda. Była tak uderzająco podobna do
pierwowzoru, iż odnosiłeś wrażenie, że przeglądając się w
lustrze, szkicuje samą siebie, upiększając własny wizerunek.
Podobnie ów młodzieniec przypominał niektórych
spośród lordów, których spojrzenia, ręce i uśmiechy uczynił
nieśmiertelnymi Van Dyck, a następnie Van-der-Faës. Mówię
niektórych spośród lordów, bowiem większość wygląda tak samo.
Dawniej, na rodach ograniczonych do najbliższej rodzinny i
skoligaconych krewnych, żyjących razem, zachowujących podobny styl
bycia i obyczaje, każda epoka odciskała ten sam wyraz twarzy, jeśli
nie podobny wygląd. Zdarza się znów, że tam gdzie najmniej się
tego spodziewamy, wyłaniają się postaci, których prawdziwego
pochodzenia należałoby szukać gdzie indziej, w innych krajach,
pośród innych narodów, w innych epokach, nie podejrzewając ani
trochę, iż przypominają dalekich krewnych, od których dzieli nas
przepaść czasu.
Choć
zbyteczne było czynienie jakichkolwiek przypuszczeń o pochodzeniu
owego młodzieńca, miewałem różnego rodzaju przemyślenia na
temat jego osoby, doprawdy jedynej w swoim rodzaju, dziwnej,
narzucającej się i przykuwającej uwagę. Ujmował mnie urok zimnej
pychy tego młodego człowieka, który w pełni swej urody, kroczył
samotnie przez życie, obojętny, z podniesionym czołem. Od początku
wierzyłem, że jest on jednym z tych wyjątkowych stworzeń, obcych
ludzkości, do których czułem od zawsze nieodparty pociąg.
Widywałem go prawie codziennie; muzeum nie było jedynym miejscem,
gdzie mogłem go spotkać. Podczas spacerów po mieście, które
zacząłem ponownie odbywać, z obawy przed przemęczeniem, robiłem
dłuższe odpoczynki w sklepie, gdzie degustowano arcydzieła starej
niderlandzkiej wódki. Według Ruysdaëla, Van- Brouwera i
Van-der-Hoogha. Nigdzie nie dochodziłem do siebie szybciej, jak w
tym wąskim i mrocznym pomieszczeniu, którym mógłby poszczycić
się w swym mieszkaniu niejeden majster czy starosta cechu. Do połowy
ściany było bogato wyłożone opalonym dębem, skąd wychodziła na
zewnątrz gruba deska tworząc wokoło sporych rozmiarów półkę,
na której ustawiono rzędem dzbany i delfickie naczynia gliniane.
Jakże cudowne spędzałem tam chwile!
Oprócz
mnie, na jedynej ławie gościnnej izby, w samotny dzień, ów
młodzieniec o obliczu jak ze starego portretu sączył z wolna
najsłodsze i najbardziej aromatyczne trunki podobne do roztopionych
klejnotów, skłaniające do egzotycznych marzeń i odległych
nostalgii, doprawione piekącymi przyprawami korzennymi z Jawy lub
Antyli. Tam, zdaje się, nie byliśmy sobie już obcy i - co zabawne
- nieco później, gdy się poznaliśmy, okazało się, że obydwoje
odnieśliśmy wrażenie, iż już kiedyś siedzieliśmy razem w
podobnej izbie.
Nigdy
bym nie przypuszczał, że się nawet zaprzyjaźnimy, skłonny
twierdzić, iż pochodzi z zupełnie innego niż mój świata.
Rzucało się w oczy: jeden z nas to kwiat polny, drugi zaś
ogrodowy. Albo trzeba było wieków, by u swego zmierzchu, owa wyższa
klasa rozwinęła się tak wspaniale, zbliżywszy w chlubnym
rozkwicie błękitnej krwi do ideału, albo byłby to zaledwie
szczęśliwy zbieg okoliczności - we wszystkich obliczach więcej
nie dałoby się wyrazić. Potrzebna była jeszcze, co prawda,
odrobina starań co dnia, by ta chluba ludzkości upiększyła swe
oblicze, gdyż tak szykownego stroju nie było mi dane widzieć nawet
u kobiety. Czy można by zatem sądzić, że był jednym z tych
rozpustników o pokrętnych upodobaniach, których liczba zdawała
się wzrastać w ostatnich czasach, niemal wszędzie, w niepokojącej
mierze? Nie, nie mógłbym w to uwierzyć, bowiem choć na ustach tej
wymalowanej marionetki pojawiał się niekiedy niepokojący uśmiech,
oczy ukryte pod surowym łukiem brwi miały ową niewinną
przejrzystość spotykaną jedynie u bohaterów i dzieci.
Był
też bardzo młody; mógł mieć najwyżej dwadzieścia lat. Czegóż
to nie wolno w tym wieku, zwłaszcza, gdy jest się zamożnym? Brak
obaw o dzień jutrzejszy zmienia człowieczy rozum tłumiąc poczucie
odpowiedzialności; bogactwo rozleniwia i wprawia w słodkie
odurzenie, które skłania do pogoni za rzadkimi uciechami i nowymi
wrażeniami. Do takiego świata, obojętnego i próżnego, wyzbytego
szeregu uprzedzeń, należał i mój nowy znajomy, który bez
wątpienia, cieszył się zasobnymi środkami do życia. Zdawało się
natomiast, że żył poza tym światem a nawet więcej, poza
jakimkolwiek światem.
Byli
też inni tacy jak on – W. w Berlinie, lecz tych można było
ujrzeć rzadko, jadących konno we mgle poranka lub wyruszających
wieczorami na poszukiwanie rozmaitych uciech. Widywałem go skądinąd
na jednej z ulic, gdzie mieszkał, graniczącej od zachodu z
królewskim Tiergarten, okalającej go cudownym łańcuszkiem willi,
gdzie za sprawą dostatku udało się niemal ponownie stworzyć raj
na ziemi. Wyobrażałem go sobie tedy wertującego smukłymi palcami
kosztownie oprawione książki w urządzonej z przepychem samotni
pokoi z głębokimi lustrami gdzie wprawiała w stan odurzenia
obfitość rzadkich kwiatów. Czyż złudzenia takiego obrazu nie
wywoływał jedynie ów namiętny zapach, jaki roztaczał wokół
siebie; tak upajający, iż sprawiał, że śniłeś na jawie?
Aubrey
de Vere. Gdy tak się zastanawiam... rozmawialiśmy pewnego dnia tak,
jakbyśmy się znali od zawsze. Jego normandzkie nazwisko – do dziś
nie wiem czy rzeczywiście tak się nazywał - nie było mi obce,
będąc rodowym nazwiskiem porywczych hrabiów z Oxfordu. Po
wygaśnięciu tegoż rodu, zostało przyłączone do nazwiska
Beauclerk książąt z Saint-Albans, z lewej linii Stuartów. Jeśliby
się przypadkiem wywodził z takowych, przyniósłby im większy
zaszczyt niż oni jemu. Choć był Anglikiem z krwi i kości, w mowie
posługiwał się francuszczyzną, ale rzadko było mi dane go
usłyszeć. O niskiej barwie dźwięku, łagodny i czysty, ów język
był dla niego czymś więcej niż sposobem porozumiewania się,
mianowicie środkiem do oczarowywania. Dowiedziawszy się kim jest,
natychmiast w pełni zrozumiałem jego sposób bycia; obyczaj którym
Brummel wyróżnił swe imię dostrzegalny był u Aubreya w pełnej
okazałości. Znalazłem nawet wytłumaczenie dla owej przyjemności
malowania się: pierwsi mieszkańcy Albionu, z których się
wywodził, czyż nie malowali sobie na niebiesko odsłoniętych
części ciała? Ten kolor był mojemu nowemu przyjacielowi
szczególnie drogi, nosił go całym sobą, w oczach, pod delikatną
skórą rąk, na których, raz na jednej to znów na drugiej
połyskiwało siedem pierścieni, wszystkie bliźniaczo podobne –
siedem Cejlońskich szafirów. Oprócz bransolety i niezapomnianego
zapachu czerwonych goździków, pierścienie były jedynym elementem
jego stroju, któremu pozostawał wierny, poza tym, nie wiem czy
widziałem go dwa razy w tym samym ubraniu. Lecz owa staranna toaleta
była dla niego jedynie szczegółem w całej doskonałości udanej
harmonii. Aubrey de Vere miał doskonały błyskotliwy umysł, byliby
z niego dumni w najbardziej zamkniętym kręgu, czułby się dobrze
wśród rzeszy uczonych. Jeśli przyznawał, że swą bieliznę
pierze w Londynie dodawał, że w podobny sposób w Paryżu
osiemdziesięciu paniczów na stu prało ją we Flandrii, zaś ci z
Bordeaux w Curaçao i tak potrafił opowiadać o wszystkim, odwołując
się do przeszłości, przybliżając czarujące szczegóły, ilekroć
zdarzało mu się opowiadać o swych podróżach przez dawne ziemie
Wschodu, bądź przez utracone wyspy Oceanu Spokojnego, gdzie panuje
wieczna wiosna. Tyle mogłem dowiedzieć się o jego życiu: że
widział wiele przemierzywszy lądy i morza i, że jeszcze więcej
przeczytał, nazbyt wiele, jak na jego wiek. Możliwe, że mieszał
to, co zobaczył z tym, co przeczytał, lub oceniał to, co widział
przez złudny pryzmat lektur; to wraz z bogactwem trochę przewróciło
mu w głowie, choć z natury osądzał jasno i logicznie. Tak, na
przykład, zrozumiałem, że prowadzi śmiałe badania okultystyczne,
do których był wprost stworzony, zważywszy na rzadką, wrodzoną
do tego skłonność i bardziej zdumiewające wykształcenie. Zdawało
się nawet, że miał większy związek z duchami niż z żywymi,
gdyż w jego opowiadaniach nie było nigdy słowa o ludzkich
istotach.
Z
jakiej okazji, w jakich okolicznościach odbył tak młodo tyle
cudownych podróży, nie mówił, podobnie, kim jest i skąd przybył,
czy ma rodziców, krewnych, przyjaciół, chociażby gdzie mieszka,
nic, zupełnie nic. Jakże panował nad sobą, iż w tym wieku
potrafił się tak kryć i niczym nie zdradzić? Skoro jednak z
niczego się nie zwierzał ostatecznie coraz mniej zadawałem mu
pytań i przypuszczam, że właśnie dlatego zawiązaliśmy przyjaźń.
Gdybyśmy spotykali się wieczność, byłby coraz bardziej skłonny
do zwierzeń, zapewne bardziej niż ja do zadawania pytań. Zresztą
nawet nie próbowałem się czegoś dowiedzieć: cóż mnie to
obchodziło? Pewnego dnia zobaczyłem go przypadkiem – on mnie nie
zauważył – jak wybierał kwiaty za czterysta-pięćset marek,
goździki i rzadkie orchidee - prawdziwa rozpusta – i mógłbym był
wówczas, ponieważ znałem kwiaciarkę, jak tylko wyszedł, wstąpić
po kwiat do butonierki i dowiedzieć się, gdzie polecił je wysłać,
uchylając w ten sposób rąbka tajemnicy. Ale po co? Bardzo możliwe,
że miał jakiś cel w tym usilnym staraniu, z jakim osłaniał swą
krótką przeszłość, każdy dzień swego życia, jednakże było -
powtarzam to znów - tyle dumy w jego spojrzeniu, wciąż obojętnym
na to, co działo się na ziemi, iż wyglądało na to, że błądzi
gdzieś, w dalekim świecie marzeń, rozpraszając tym samym
najmniejszy cień wątpliwości, podejrzenia. A jednak, nie umknęło
mej uwadze, że czasami skłonny był coś powiedzieć, ale rozmyślał
się z miejsca, dusząc to w sobie. Czerwienił się wtedy pod
warstwą pudru zaś oczy stawały się pochmurne tak, iż przez
krótką chwilę zdawało mi się, że dostrzegam skrywane
wzburzenie? Nie mógłbym przysiąc, wiem jednak, że gdy opowiadał
o czymś, jego spojrzenie stawało się głębsze; zatrzymywał wzrok
na nieodłącznych pierścieniach; patrzył nań długo i z
czułością, jakby w tych kamieniach kryła się tajemnica jego
życia, odbijając w chłodnej przejrzystości błękitu wszystkie
jego myśli i wspomnienia.
Od
pewnego czasu, bez zacieśniania więzów naszej przyjaźni,
widywaliśmy się częściej, niekiedy z rana, zazwyczaj popołudniu,
nigdy jednak wieczorami, nigdy. Z powodu upału porzuciliśmy
holenderską tawernę i spotykaliśmy się przy Grunewald, na tarasie
kawiarni, położonej na skraju sosnowego lasku – taras tonący we
wszystkich odmianach i kolorach róż, które trzęsły się z każdym
podmuchem wiatru. Przychodził zawsze bez pośpiechu i punktualnie.
Jednakże, pewnego razu, oczekiwałem go na próżno aż do kolacji.
Po powrocie do domu, znalazłem list, w którym prosił krótko o
wybaczenie swej nieobecności, podpisany – Sir Aubrey de Vere.
Przyglądnąłem się uważnie śmiałemu pismu, dużym literom i
pieczęci z błękitnego wosku: sfinks leżący pośrodku podwiązki
podobnej do tej, która otaczała tarczę w herbie Wielkiej Brytanii.
Na wstążce widniał napis „Remember”.
Nie
zadowalało mnie to, heraldyka, oczekiwałem, że znajdę prawdziwe
oręża, a nie zwyczajne godło. Od czasu tego listu, Sir Aubrey nie
dał więcej znaku życia. Nie było w tym nic dziwnego: straszliwa,
parna spiekota wprawiała miasto w rozleniwienie, czyniąc zeń
olbrzymie siedlisko zła i rozpusty. Można było wyjść jedynie
wieczorem, a wtedy Sir Aubrey nie pokazywał się. Natomiast noce
bywały tak piękne, że z trudem zdobywałem się na powrót do
domu. Włócząc się wciąż do późna, miałem kiedyś, około
północy, w pustej alejce z Tiergarten, dziwne spotkanie.
Minęła mnie wysoka kobieta o bujnych czerwonych
włosach, ukrytych pod wielkim kapeluszem z piórami, kobieta wątła
i koścista, bez ramion i piersi, w obcisłej sukience z czarnymi
cekinami. Kroczyła sztywna niczym martwa, pchana jakąś pozaziemską
siłą, wbrew własnej woli, do tajemniczego celu w środku nocy. Nie
wiem, dlaczego nie mogłem uwierzyć, że jest kobietą jak wszystkie
inne. Z miejsca, zanim dostrzegłem jej duże oczy, mierzące tak, iż
zdawało się, że przeszywa cię wzrokiem oraz rysy jej zbyt
wymalowanej twarzy odniosłem wrażenie, że ją rozpoznaję....
Lecz, czyż mógłbym mieć wątpliwości, czyż mogłoby to być
tylko podejrzenie, skoro na smukłych palcach jej ręki widniało,
niczym kpina, siedem Cejlońskich szafirów? Osłupiałem, owładnięty
niepokojącym uczuciem zakłopotania, niesmaku i obawy, po czym z
nozdrzami wypełnionymi znajomym zapachem – zapachem czerwonych
goździków – podążyłem jej śladem. Było jednak za późno,
zgubiłem ją. W końcu alei czekało kilka dorożek, wsiadła
najwidoczniej do jednej z nich i odjechała.
Dla
takiego starego Berlińczyka jak ja byłoby dziecinnym dać się
ogarnąć zdumieniu. Czegóż to ja nie widziałem! Za sprawą
nikczemnej ciekawości czatowałem w pobliżu tego miejsca kilka
wieczorów. Nic nowego. W międzyczasie spiekota stawała się coraz
bardziej uciążliwa: w dniu poprzedzającym tę noc, o której zaraz
opowiem, ludzie padali na ulicy jak muchy. Noc była aksamitna i
ołowiana; łagodny powiew ciepłego wiatru na próżno starał się
rozproszyć duchotę, jaka ciążyła w powietrzu. Las i ponure
ogrody milczały jakby zamarły za sprawą złego czaru; pachniało
tajemnicą, grzechem, obłędem. Z trudem podążałem naprzód w
ciemnościach, jakie zapadły na opustoszałych ulicach, zatrzymując
się niekiedy, znużony i osłabiony. Na rozdrożu gdzie znajduje się
fontanna Rolanda z Berlina, w zbyt jasnym świetle, które, po
przebytych ciemnościach, wyostrzyło mój wzrok, stanąłem twarzą
w twarz z Sir Aubreyem, co, gdy mu się lepiej przyjrzałem, nie
sprawiło mi wcale przyjemności.
Nie dlatego, że tym razem przebrał wszelką miarę.
Mimo wszystko, nie wychodzi się w ten sposób między ludzi. Puder,
który nałożył na twarz był niebieski, usta i nozdrza miał
pomalowane na fioletowo, upiększył też włosy, posypując je
złotym pyłem zaś wokół oczu narysował sinawo-czarne obwódki,
które nadawały mu wygląd śpiewaczki lub tancerki. Prócz tego,
ubrany był nienagannie w błękitny frak z orchideą w butonierce,
na który narzucił lekką, wieczorową pelerynę, na ręce miał jak
zwykle bransoletę i pierścienie. Coś się w nim jednak zmieniło,
był poruszony i niespokojny, podczas gdy ja byłem łagodny i
zgaszony.
Mówił inaczej niż zwykle, szybko i drżącym głosem,
prosząc bym z nim został - on, który należał do tego rodzaju
ludzi, co mimo swej dostojności dają do zrozumienia, iż znoszenie
czyjegoś towarzystwa jest z ich strony dużym poświęceniem. Co
więcej, wziął mnie nawet pod ramię i zawrócił z drogi. Czułem
jak jego ciało drży z zimna i widziałem jak jego oczy wpatrzone w
otchłań, szklące się jak oczy kobiety z czerwonymi włosami,
zachodzą łzami, melancholijne i zagubione. Tak jak wówczas nie
mogłem uwierzyć, że postać, którą spotkałem była kobietą,
tak teraz miałem wrażenie, że istota, która mnie wlokła za sobą
w cień, nie jest mężczyzną.