Condrat stoi, opiera wiosło o grube dębowe pnie i pcha
łódkę przez las. O brzegi łodzi uderzają kawałki lodu i
połamane gałęzie, pomieszane z oczeretem, ze starymi liśćmi oraz
z piórami kormoranów i czapli. Burza wciąga wodę w wiry między
drzewami i chaszczami. Woda nie jest zbyt głęboka, ale pod korą
starych drzew podniosła się aż do korony, - ponad hałasem burzy i
kawałków lodu, uderzających mocno o dęby, słychać jak woda
bulgoce pod korą pni. Suche trawy, pozostałe od zeszłego roku
wyłaniają się spod wody pod wpływem burzy i sunącej barki.
W delikatnych, spokojnych ruchach Condrata niemal nie
widać trudu, jaki wkłada w pchanie łodzi przez las i utrzymywanie
jej w równowadze. Jego błękitne szklane oczy są utkwione gdzieś
w dal.
-
Dostrzegłeś coś, Condracie? – krzyczy gruby, brzuchaty człowiek
z drugiego końca łodzi, rycząc słowa tak, by dało się go
słyszeć pośród hałasu burzy i gałęzi.
Condrat
nie odpowiada, wiosłuje dalej. Nie patrząc w kierunku towarzysza,
obraca wiosło i omija stary suchy dąb, zwalony do wody, z
rozłożonymi, wyrwanymi z ziemi korzeniami. Suchowiej rozwalcowuje
wodę, pcha grube i długie odgałęzienia korzenia nad leżącym
pniem tak, że stykają się i mieszają z gałęziami u szczytu
korony.
– Dobrze, że się złamał, stary ramol! Spójrz no
jak całuje sobie korzenie! – ryczy ponownie brzuchaty z drugiego
końca łodzi, szukając szczerbatą gębą, pośród podmuchu
wiatru, najdogodniejszego miejsca dla słów, tak by niosło je
prosto do Condrata. Dobrze, że złamał się ten stary dąb!
Condrat nie słucha grubego, albo i nie słyszy, popycha
dalej łódź wiosłem.
Brzuchaty milczy przez chwilę, odpoczywa. Oddycha
ciężko i ociera rękawem podbitej futrem szuby pot pomieszany z
deszczem i błotem z wąskiego czoła i czerwonych okrągłych
policzków. Chwyta rękoma drewnianą prawą nogę i sadza ją na
brzegu statku, by lepiej utrzymywała równowagę targanej burzą
łódki. Potem bierze głęboki oddech i znów zaczyna krzyczeć:
– Był tak samo suchy już trzydzieści lat temu. I
też prosty jak świeca. Ludzie go nie ścinali. Omijali go i mówili,
że nie jest suchy, tylko żywy – niech ich głupców diabli wezmą
– wierzyli, że zebrał w sobie tyle soków, że może żyć bez
liści, a tymczasem, proszę, był zgniły jak cuchnący sprzedawca
octu. Tfu!
Brzuchaty spluwa – a ślina wraca mu na twarz.
Condrat wiosłując miarowo po obu stronach łodzi,
szuka wyjścia z prądów wody wokół powalonego dębu, który
znajduje się w samym środku burzy, na otwartej polanie; nie widać
żadnego innego drzewa w okolicy na dystansie stu metrów.
– Spójrz Condracie, jak wyssał glinę ten zramolały
dąb. Przypomnij sobie jak wyglądała kiedyś ta ziemia. Ten dąb
wysuszył wszystko dokoła. Nawet trawa nie rosła obok niego. A
ludzie mówili: to jest najpiękniejsze i najpotężniejsze drzewo.
Jest chlubą naszego lasu. Ścinali młodsze drzewa, ale tego nie
ruszali. Zobacz no teraz jaki jest pusty, możesz patrzeć przez jego
pień jak przez lornetkę, by lepiej zobaczyć koniec!
Condrat wyprowadza łódkę z prądów i pcha ją z
całej siły w kierunku gęstwiny wysokich drzew przed nimi.
– Może powinienem przestać gadać Condracie. Nie mam
już czego ważyć słowami. Dzień i noc przychodzą jedne po
drugich i przechodzimy po nich jak po jakichś wspomnieniach. Tam
gdzie jest jeszcze ziemia nie da się przejść. Tej zimy ptaki
polarne nie przyleciały do naszej Delty, jak zwykły to robić w
spokojnych czasach, by spędzić tu długie wakacje. Już nie mają
którędy przylecieć z Bieguna. Niebo jest zajęte. Walka na kule
jest długa. Jest prawie początek marca – i zobaczysz, żurawie
nie przylecą z południa tej wiosny. Ile ptaków mogłoby przelecieć
nad Grecją i Włochami? Rommel jest jeszcze w Afryce. Zostaniemy
tylko z wróblami, mój drogi.
Brzuchaty
odpoczywa przez chwilę, nabiera ponownie powietrze w płuca,
dopasowuje usta do podmuchu wiatru i znów ryczy:
– Mam ochotę mówić, Condracie. Byłem kimś
Condracie, umysłem światłym i zabłądziłem tutaj między wami.
Jak długo żyłem – w jaki sposób żyłem – nie miałem z kim
pogadać w tej wsi. Będąc tak odizolowany zacząłem mówić nocą
przez sen. Kładłem się, zasypiałem głęboko i około północy
śniłem na głos. Wygląda na to, że mówiłem pięknie, moja żona
zwykła się wtedy budzić i wstawać z łóżka, brała do ręki
robótkę, siadała na krześle i słuchała mnie, oparta o piec.
Pewnego ranka powiedziała mi: Dzisiaj w nocy mówiłeś piękniej
niż przedwczoraj. Opowiadałeś o białym ptaku, który stał na
jednej nodze w Delcie wśród trzciny i spijał mleko gwiazd. Gdy już
się nasycił, schował dziób, by się ponownie położyć. Ale
gwiazdy pozostały dziurawe. I spłynęło tak dużo mleka do wody,
że zgęstniała mocno i powstała mleczna ziemia. I powiedziałeś
do mnie, mężu: „gotowe, przenosimy się, opuszczamy tę
zgorzkniałą wieś, przygotuj się do wyprowadzki. Pomóż mi
przenieść dom, przychwyć go dobrze za rynny, uważaj, rynny są
trochę zbutwiałe, żeby nie pękły. Weź też ze sobą druty,
robótkę, stołek i piec –idziemy na mocno mleczne wzgórze. Tam
nie będzie nas zalewać co roku woda. Zabierzemy kościół, są tam
mokrzy święci, porozkładamy ich, by wyschli, na wzgórzu ze
skamieniałego mleka”. Jakich to ja cudów nie opowiadałem. Ale
rano, zamiast się nimi cieszyć, już ich nie pamiętałem,
słuchałem tylko ukradkiem jak moja żona relacjonowała je
sąsiadkom. Okradała mnie, Condracie, i co gorsza, wydawało mi się,
że nie kradnie jak trzeba. Moja żona nie jest zbyt błyskotliwa. I
zdałem sobie sprawę, że nie kradła wszystkiego, co powiedziałem
nocą – wiele rzeczy przepadło i nikt się nie dowie jakie były
pełne i piękne. I nastawał kolejny dzień, a ja nie miałem z kim
rozmawiać, wy wszyscy byliście zajęci codziennymi troskami,
dziećmi i bydłem, wodą, która was zalała i ciągle zalewa, a wy
nie macie dokąd uciekać, że nikomu na was nie zależy. Nigdy nie
braliście mnie właściwie pod uwagę, Condracie, - ba, niektórzy
śmiali się ze mnie, na przykład Vlase. Nie miałem z kim
rozmawiać, taka jest prawda. Z panienką Marią – pff! – jest
mrukliwą panną. Jest bardziej akuszerką i felczerem niż
nauczycielką, jest także sołtysem tej zapomnianej wsi, gdzie,
gdyby nie ona, nikt nie odnotowywałby narodzin i zgonów. Daj mi
skończyć, Condracie. (Condrat wiosłuje nieobecny, zajęty swoimi
sprawami.) Posłuchaj mnie teraz, kto wie co będzie potem…
Myślisz, że ja nie chciałem być sołtysem albo przynajmniej
felczerem? Ale dosięgła mnie skleroza, wy widzicie tylko to, że
straciłem nogę, a dotknęło mi także żyły w rękach i nie mogę
nawet uchwycić pióra, żeby zanotować rok, dzień, miesiąc,
godzinę. Rozchorowałem się od waszych wód i przeklętych zim,
które doprowadziły do głębokiego krzyku samego poetę delikatnych
miłości, jakim był Owidiusz.
Brzuchaty
zachrypł, nie może już głośno krzyczeć. Już nie znajduje
pośród wiatru odpowiedniego miejsca, gdzie mógłby wrzeszczeć
słowa do Condrata. Wiatr miesza się i zwija sam w sobie, splata z
deszczem. Słowa grubego rozsypują się, przestawiając między sobą
sylaby, rozszczepiają się i płyną gdzie popadnie. Gruby usiłuje
złapać je na słuch. Wydają mu się tak pomieszane, z
poodwracanymi sylabami, inaczej połączone, doskonałymi rzeczami –
i próbuje je uchwycić i zapamiętać, żywiąc nadzieję, że
przetrwają i będzie je opowiadał jak jakieś rzadkie wspomnienia.
Ale nie może wychwycić tych odwróconych słów, jest okradany
także z nich i słyszy już tylko – w przerwie pomiędzy
powtarzalnymi i krótkimi podmuchami wiatru – krakanie kruków,
trzaskanie gałęzi i szklany dźwięk kawałków lodu w wodzie.
Czuje, że zaschło mu w gardle i przejeżdża językiem po grubych
wargach, wilgotnych od deszczu. Dotyka językiem czegoś zimnego i
puszystego w kąciku ust. Podnosi maleńkie głęboko osadzone oczy –
do nieba – i mówi, tym razem powoli, ściskając wargi jedna przy
drugiej, by słowa nie uciekły i by mógł je lepiej poczuć:
–
Płatki śniegu. Wróciła zima. Znów będzie sypać śniegiem.
Condrat
prowadzi dalej łódź przez gąszcz drzew. Dęby rosną tutaj jedne
przy drugich. Stykają się pniami, smagane wiatrem gałęzie wchodzą
jedna w drugą kalecząc się, gęste i zielone soki spływają po
pniach mieszając się z lodem, z deszczem i przybywającymi płatkami
śniegu, oraz błotem, które zastyga w skorupę ponad falami.