zimam mężczyzn, DZIKI BYŁY ŁAGODNE

Ştefan Bănulescu | August 18, 2008
Translated by: Joanna Kornaś-Warwas

 

Condrat stoi, opiera wiosło o grube dębowe pnie i pcha łódkę przez las. O brzegi łodzi uderzają kawałki lodu i połamane gałęzie, pomieszane z oczeretem, ze starymi liśćmi oraz z piórami kormoranów i czapli. Burza wciąga wodę w wiry między drzewami i chaszczami. Woda nie jest zbyt głęboka, ale pod korą starych drzew podniosła się aż do korony, - ponad hałasem burzy i kawałków lodu, uderzających mocno o dęby, słychać jak woda bulgoce pod korą pni. Suche trawy, pozostałe od zeszłego roku wyłaniają się spod wody pod wpływem burzy i sunącej barki.
W delikatnych, spokojnych ruchach Condrata niemal nie widać trudu, jaki wkłada w pchanie łodzi przez las i utrzymywanie jej w równowadze. Jego błękitne szklane oczy są utkwione gdzieś w dal.
- Dostrzegłeś coś, Condracie? – krzyczy gruby, brzuchaty człowiek z drugiego końca łodzi, rycząc słowa tak, by dało się go słyszeć pośród hałasu burzy i gałęzi.
Condrat nie odpowiada, wiosłuje dalej. Nie patrząc w kierunku towarzysza, obraca wiosło i omija stary suchy dąb, zwalony do wody, z rozłożonymi, wyrwanymi z ziemi korzeniami. Suchowiej rozwalcowuje wodę, pcha grube i długie odgałęzienia korzenia nad leżącym pniem tak, że stykają się i mieszają z gałęziami u szczytu korony.
– Dobrze, że się złamał, stary ramol! Spójrz no jak całuje sobie korzenie! – ryczy ponownie brzuchaty z drugiego końca łodzi, szukając szczerbatą gębą, pośród podmuchu wiatru, najdogodniejszego miejsca dla słów, tak by niosło je prosto do Condrata. Dobrze, że złamał się ten stary dąb!
Condrat nie słucha grubego, albo i nie słyszy, popycha dalej łódź wiosłem.
Brzuchaty milczy przez chwilę, odpoczywa. Oddycha ciężko i ociera rękawem podbitej futrem szuby pot pomieszany z deszczem i błotem z wąskiego czoła i czerwonych okrągłych policzków. Chwyta rękoma drewnianą prawą nogę i sadza ją na brzegu statku, by lepiej utrzymywała równowagę targanej burzą łódki. Potem bierze głęboki oddech i znów zaczyna krzyczeć:
– Był tak samo suchy już trzydzieści lat temu. I też prosty jak świeca. Ludzie go nie ścinali. Omijali go i mówili, że nie jest suchy, tylko żywy – niech ich głupców diabli wezmą – wierzyli, że zebrał w sobie tyle soków, że może żyć bez liści, a tymczasem, proszę, był zgniły jak cuchnący sprzedawca octu. Tfu!
Brzuchaty spluwa – a ślina wraca mu na twarz.
Condrat wiosłując miarowo po obu stronach łodzi, szuka wyjścia z prądów wody wokół powalonego dębu, który znajduje się w samym środku burzy, na otwartej polanie; nie widać żadnego innego drzewa w okolicy na dystansie stu metrów.
– Spójrz Condracie, jak wyssał glinę ten zramolały dąb. Przypomnij sobie jak wyglądała kiedyś ta ziemia. Ten dąb wysuszył wszystko dokoła. Nawet trawa nie rosła obok niego. A ludzie mówili: to jest najpiękniejsze i najpotężniejsze drzewo. Jest chlubą naszego lasu. Ścinali młodsze drzewa, ale tego nie ruszali. Zobacz no teraz jaki jest pusty, możesz patrzeć przez jego pień jak przez lornetkę, by lepiej zobaczyć koniec!
Condrat wyprowadza łódkę z prądów i pcha ją z całej siły w kierunku gęstwiny wysokich drzew przed nimi.
– Może powinienem przestać gadać Condracie. Nie mam już czego ważyć słowami. Dzień i noc przychodzą jedne po drugich i przechodzimy po nich jak po jakichś wspomnieniach. Tam gdzie jest jeszcze ziemia nie da się przejść. Tej zimy ptaki polarne nie przyleciały do naszej Delty, jak zwykły to robić w spokojnych czasach, by spędzić tu długie wakacje. Już nie mają którędy przylecieć z Bieguna. Niebo jest zajęte. Walka na kule jest długa. Jest prawie początek marca – i zobaczysz, żurawie nie przylecą z południa tej wiosny. Ile ptaków mogłoby przelecieć nad Grecją i Włochami? Rommel jest jeszcze w Afryce. Zostaniemy tylko z wróblami, mój drogi.
Brzuchaty odpoczywa przez chwilę, nabiera ponownie powietrze w płuca, dopasowuje usta do podmuchu wiatru i znów ryczy:
– Mam ochotę mówić, Condracie. Byłem kimś Condracie, umysłem światłym i zabłądziłem tutaj między wami. Jak długo żyłem – w jaki sposób żyłem – nie miałem z kim pogadać w tej wsi. Będąc tak odizolowany zacząłem mówić nocą przez sen. Kładłem się, zasypiałem głęboko i około północy śniłem na głos. Wygląda na to, że mówiłem pięknie, moja żona zwykła się wtedy budzić i wstawać z łóżka, brała do ręki robótkę, siadała na krześle i słuchała mnie, oparta o piec. Pewnego ranka powiedziała mi: Dzisiaj w nocy mówiłeś piękniej niż przedwczoraj. Opowiadałeś o białym ptaku, który stał na jednej nodze w Delcie wśród trzciny i spijał mleko gwiazd. Gdy już się nasycił, schował dziób, by się ponownie położyć. Ale gwiazdy pozostały dziurawe. I spłynęło tak dużo mleka do wody, że zgęstniała mocno i powstała mleczna ziemia. I powiedziałeś do mnie, mężu: „gotowe, przenosimy się, opuszczamy tę zgorzkniałą wieś, przygotuj się do wyprowadzki. Pomóż mi przenieść dom, przychwyć go dobrze za rynny, uważaj, rynny są trochę zbutwiałe, żeby nie pękły. Weź też ze sobą druty, robótkę, stołek i piec –idziemy na mocno mleczne wzgórze. Tam nie będzie nas zalewać co roku woda. Zabierzemy kościół, są tam mokrzy święci, porozkładamy ich, by wyschli, na wzgórzu ze skamieniałego mleka”. Jakich to ja cudów nie opowiadałem. Ale rano, zamiast się nimi cieszyć, już ich nie pamiętałem, słuchałem tylko ukradkiem jak moja żona relacjonowała je sąsiadkom. Okradała mnie, Condracie, i co gorsza, wydawało mi się, że nie kradnie jak trzeba. Moja żona nie jest zbyt błyskotliwa. I zdałem sobie sprawę, że nie kradła wszystkiego, co powiedziałem nocą – wiele rzeczy przepadło i nikt się nie dowie jakie były pełne i piękne. I nastawał kolejny dzień, a ja nie miałem z kim rozmawiać, wy wszyscy byliście zajęci codziennymi troskami, dziećmi i bydłem, wodą, która was zalała i ciągle zalewa, a wy nie macie dokąd uciekać, że nikomu na was nie zależy. Nigdy nie braliście mnie właściwie pod uwagę, Condracie, - ba, niektórzy śmiali się ze mnie, na przykład Vlase. Nie miałem z kim rozmawiać, taka jest prawda. Z panienką Marią – pff! – jest mrukliwą panną. Jest bardziej akuszerką i felczerem niż nauczycielką, jest także sołtysem tej zapomnianej wsi, gdzie, gdyby nie ona, nikt nie odnotowywałby narodzin i zgonów. Daj mi skończyć, Condracie. (Condrat wiosłuje nieobecny, zajęty swoimi sprawami.) Posłuchaj mnie teraz, kto wie co będzie potem… Myślisz, że ja nie chciałem być sołtysem albo przynajmniej felczerem? Ale dosięgła mnie skleroza, wy widzicie tylko to, że straciłem nogę, a dotknęło mi także żyły w rękach i nie mogę nawet uchwycić pióra, żeby zanotować rok, dzień, miesiąc, godzinę. Rozchorowałem się od waszych wód i przeklętych zim, które doprowadziły do głębokiego krzyku samego poetę delikatnych miłości, jakim był Owidiusz.
Brzuchaty zachrypł, nie może już głośno krzyczeć. Już nie znajduje pośród wiatru odpowiedniego miejsca, gdzie mógłby wrzeszczeć słowa do Condrata. Wiatr miesza się i zwija sam w sobie, splata z deszczem. Słowa grubego rozsypują się, przestawiając między sobą sylaby, rozszczepiają się i płyną gdzie popadnie. Gruby usiłuje złapać je na słuch. Wydają mu się tak pomieszane, z poodwracanymi sylabami, inaczej połączone, doskonałymi rzeczami – i próbuje je uchwycić i zapamiętać, żywiąc nadzieję, że przetrwają i będzie je opowiadał jak jakieś rzadkie wspomnienia. Ale nie może wychwycić tych odwróconych słów, jest okradany także z nich i słyszy już tylko – w przerwie pomiędzy powtarzalnymi i krótkimi podmuchami wiatru – krakanie kruków, trzaskanie gałęzi i szklany dźwięk kawałków lodu w wodzie. Czuje, że zaschło mu w gardle i przejeżdża językiem po grubych wargach, wilgotnych od deszczu. Dotyka językiem czegoś zimnego i puszystego w kąciku ust. Podnosi maleńkie głęboko osadzone oczy – do nieba – i mówi, tym razem powoli, ściskając wargi jedna przy drugiej, by słowa nie uciekły i by mógł je lepiej poczuć:
– Płatki śniegu. Wróciła zima. Znów będzie sypać śniegiem.
Condrat prowadzi dalej łódź przez gąszcz drzew. Dęby rosną tutaj jedne przy drugich. Stykają się pniami, smagane wiatrem gałęzie wchodzą jedna w drugą kalecząc się, gęste i zielone soki spływają po pniach mieszając się z lodem, z deszczem i przybywającymi płatkami śniegu, oraz błotem, które zastyga w skorupę ponad falami.
 
 

About this issue

This July, The Observer Translation Project leaves its usual format to present a special CRISIS ISSUE. Things are tough all over. Hard Times suddenly feels like the book of the moment. The global economic crisis impacts life as we know it, and viewed from Bucharest the effects reverberate in domains that include geo-politics and publishing in Romania and abroad, with the crisis at The Observer Translation Project as an instance of a universal phenomenon. read more...

Translator's Choice

Author: Stelian Tănase
Translated by: Jean Harris

From Maestro: A Melodrama. Episode 7

Emiluţa has an unfortunate thought. She’ll throw herself off the top of the building. Why? What the fuck? Let’s say for the cause of PeaceonEarth, for the slumdogs, Europe, for the lonely. Which is to say she doesn’t have a ghost of a reason. Viva Walachia! The way things stand, if ...

Translator’s Note
Translator’s Note: a synopsis
Author: Ştefan Agopian
Translated by: Ileana Orlich

How I Learned to Read (from Tache de Catifea / The Velvet Man)

The bearded man was the owner of an apothecary shop where he worked with two apprentices. Nobody paid me any mind, so I spent all day in what was supposed to be the shop. I say this because it was a large, dark room full of odors—a mix of smells from everywhere. The room hadn’t been cleaned ...

Translator’s Note
Re: Learning to Read, from Tache de catifea / The Velvet Man
Author: Gabriela Adameşteanu
Translated by: Patrick Camiller

Wasted Morning - Napoleon in Bucharest

“What you’ve got here is heaven on earth,” Vica says as she drops onto the kitchen chair. “But where’s your mother?” “At work,” Gelu lazily replies, leaning sideways against the door. “She’s doing mornings this week, didn’t you know?” He is tall and thin, with unset ...

Author: Petre Ispirescu
Translated by: Jean Harris

Youth Without Age and Life Without Death

It happened once as never before-y, ‘cause if it couldn’t be true, it wouldn’t make a story about the time when the poplar tree made berries and the willow tree broke out in cherries, when bears began to brawl with their tails, and wolf and lamb, unfurling their sails, threw arms around each ...

Translator’s Note
On Petre Ispirescu
Exquisite Corpse

Planned events in Cultural Agenda see All Planned Events

17 December
Tardes de Cinema Romeno
As tardes de cinema romeno do ICR Lisboa continuam no dia 17 de Dezembro de 2009, às 19h00, na ...
14 December
Omaggio a Gheorghe Dinica Proiezione del film "Filantropica" (regia Nae Caranfil, 2002)
“Filantropica” è uno dei film che più rendono giustizia al ...
12 December
Årets Nobelpristagare i litteratur Herta Müller gästar Dramaten
Foto: Cato Lein 12.12.2009, Dramaten, Nybroplan, Stockholm I samband med Nobelveckan kommer ...
10 December
Romanian Festival @ Peninsula Arts - University of Plymouth
13 & 14 November 2009. Films until 18 December. Twenty of Romania's most influential and ...
10 December
Lesung und Gespräch mit Ioana Nicolaie
Donnerstag, 10. Dezember, um 19.30 Uhr Ort: Szimpla Café Gärtnerstrs.15, ...
 
 

Our Partners

Razvan Lazar_Dunkelkammer SENSO TV Eurotopics Institutul Cultural Roman Economic Forum Krynica Radio Romania Muzical Liternet Radio France International Romania Suplimentul de cultura Radio Lynx