Dni bardzo się wówczas dłużyły, jakby wiecznie pozbawione mroku, zakurzone i smutne. Nagle On, z bezkresnym spojrzeniem swoich oczu, otoczony aniołami, opóźniał nam krok, dając nam wytchnienie. Ślina nasza stała się w końcu jak puszysta wata, a nasze słowa ulotniły się. Rozpoczęliśmy marsz w złowrogiej ciszy, podczas gdy słońce padając pod kątem rozświetlało równinę czerwonawym światłem. Niosąc dumnie swe zbroje, chcieliśmy po prostu być.
Armeńczyk, niczym niezmordowana maszyna wojenna, skierował swe kroki w stronę zielonkawej wody cuchnącego stawu. W przepełnionym pyłem powietrzu, Ioan, postępował SA nim jak cień. Światło przenikało przez nich oddalając ich sylwetki.
- Przenocujemy tutaj. Zmówmy modlitwę – powiedział Armeńczyk.
- Ja wyrecytuję alfabet! – powiedział Ioan z apatycznym spojrzeniem – ponieważ, jak można wyczytać w literaturze mistycznej, alfabet zawiera w sobie wszystkie modlitwy, a nawet sposób porozumiewania się z aniołami.
- Tak – odpowiedział Armeńczyk, ściągając swoją zakurzoną zbroję.
Philander von Sittewald postąpił tak samo, zaś jeden Szwab czy Batawczyk[1]– nie przypominam sobie teraz dokładnie – powiedział patrząc na stertę żelastwa, którą z siebie ściągnęli – Nicolaus Grudius, ten, który kończył swoje listy uroczą formułką „Bywaj zdrów, wielki seniorze, a w krótkim czasie spodziewaj się przychylnej odpowiedzi” powiedział, że byłoby dobrze, aby człowiek nie zamartwiał się z powodu swojej niewiedzy.
A mówiąc to, Armeńczyk ukazał się nagi oczom Ioana, a Ioan, posępny geograf, oczom Armeńczyka. Dwie spore sterty żelastwa leżały u ich stóp, na których wspierały się blade, wynędzniałe ciała.
- Galen! odrzekł Ioan – Galen zaleca kąpiel z siarką po doznanej w wojnie klęsce.
- I nie tylko to! – powiedział drobny antykwariusz, który wynurzył się skądś odziany w szaty żydowskie. Pod pachą trzymał zawiniątko z książkami, które rozłożył przed nimi. Kupujcie, panowie! – powiedział i cofnął się o krok.
Dziesięć książek ułożyło się na ziemi w następującym porządku: dzieła Kirchera[2]: Catalogus plantarum sicularum, Mundus Subteraneus[3], Kartezjusza: Les Passions de l’aime d’Indagine[4]: Chiromance et Physiognomie, które ukazało się w Rouen, nieopatrzone tytułem dzieło Pseudo-Arystotelesa, Enceliusa: De re metalica, kiepskie tłumaczenie z egipskiego dzieła Hieroglyphika[5], strasznie sfatygowana Del concetto poetico Pellegriniego, Olahusa[6]: Processus Universalis oraz Pampaedia Jana Amosa Komeńskiego[7].
- Książki te – powiedział Ioan spoglądając na nie – przypominają mi o lepszych czasach, w których je czytałem.
- Kupujcie, panowie – powtórzył antykwariusz Herzog – a owe czasy, nietargane wojnami, znów dla was nadejdą.
- Położone pod kątem słońce, świecące w kierunku ich spojrzeń, jakby ze smutkiem, czerwonawym światłem, oszałamiało ich niczym kulka korala.
- Taki pewnie wygląda glob Antyziemi – powiedział z zasmuceniem Ioan, patrząc na słońce, którego światło koloru purpurowego woalu, niczym chlamida wykrzywiało się w jego spojrzeniu.
Jak dwóch cesarzy, ukazali się wówczas nadzy, smutni i nieustępliwi. Skierowali swe ciężkie kroki w kierunku wody i zaczęli kroczyć pośród jej zielonkawej pajęczyny.
- Ciepła jak zupa – powiedział Armeńczyk krocząc i czując jak noga jego grzęźnie w mule niczym w puchu. Spodobało mu się to osobliwe łaskotanie i muskanie wody po wyczerpanym ciele. W końcu widać im było tylko głowy, jakby położone na tacy z porfiru w milczącym wiecznym oczekiwaniu.
Antykwariusz Herzog podszedł do brzegu wody i przeczytał im z książki zatytułowanej Pampaedia, a konkretnie z rozdziału Pandidascalia[8], tam, gdzie napisano:
„A któż to jest pandidascalus? Pampedyczny uczony, który umie przekazać wiadomość wszystkim ludziom o wszystkim”[9].
I dalej:
„Ażeby nauczyciel wszechrzeczy był naprawdę tym, za kogo uchodzi, powinien postawić przed sobą trzy zasady swojej pracy wychowawczej: powszechność, prostotę, swobodę”[10].
Czytał im z przyjemnością i ze staranną intonacją, radując ich przy tym niesamowicie, ponieważ myśleli wówczas w podobny sposób.
Następnie rozprawiali o sadzawce Betseda, tej obok Owczej Bramy w Jerozolimie, gdzie aniołowie wzburzali od czasu do czasu wodę, a owo wzburzenie ozdrawiało tych, którzy śpieszyli do niej wejść. A później mówili o trzydziestoośmioletnim trędowatym uzdrowionym przez Jezusa.
Później Ioan przypomniał sobie o pewnym zdarzeniu, które przeżył i zaczął opowiadać:
1. Opowieść o Kakodaimonie Cantemira
W roku 1800, mając trochę pieniędzy, zdecydowałem udać się w podróż, lecz nie dlatego, aby dowiedzieć się czegoś, czego jeszcze nie wiedziałem, lecz dlatego, że byłem tuż po przebytej chorobie, moje ciało i umysł pozbawione były sił. Kupiłem sobie egzemplarz Biblii, zrobiłem zawiniątko z tych kilku rzeczy, które miałem i w pewien ciepły pogodny poranek wyruszyłem w drogę. Był początek pięknej jesieni – czas w sam raz na podróż.
Nie obrałem określonej drogi i nawet teraz nie potrafiłbym powiedzieć, przez jaką bramę Bukaresztu wyszedłem. Poza tym nie miało to dla mnie znaczenia. Byłem jedynie szczęśliwy, że wyjeżdżam, że nie zostawiam za sobą żadnych zmartwień i że żadne zmartwienia nie czekają na mnie na drodze, którą obrałem. W pewnym momencie podniosłem grubszy kij, który służąc mi jako kostur towarzyszył mi przez większą część drogi.
Pierwszy dzień mojej podróży przebiegł w ciszy, wśród mieniącej się złotym światłem jesieni. Miałem przy sobie pajdę chleba, a że pobocza drogi pełne były dzikich śliw nie musiałem się zatrzymywać, aby się najeść. Nigdy nie pomyślałbym, że chleb i śliwki mogą być tak pożywnym posiłkiem. Pod wieczór, kiedy już zmierzchało, przygotowałem sobie posłanie na usypisku, otworzyłem Biblię i przeczytałem następujący fragment:
„Panie, moje serce się nie pyszni i oczy moje nie są wyniosłe. Nie gonię za tym, co wielkie, albo co przerasta moje siły. Przeciwnie: wprowadziłem ład i spokój do mojej duszy. Jak niemowlę u swej matki, jak niemowlę - tak we mnie jest moja dusza. Izraelu, złóż w Panu nadzieję odtąd i aż na wieki!”[11]
I wraz ze zmierzchem, zstąpił na mnie ogromny spokój. A nade mną, ponad równiną, ukazała się moim oczom gromada łagodnie świecących gwiazd, pełnych tajemnego i wzniosłego zrozumienia. Po jakimś czasie zasnąłem. Nie wiem jak długo spałem, ani która była godzina, gdy obudziłem się zziębnięty. Księżyc, niczym tłusty robak, wznosił się na niebie owej nocy. Było mi zimno i chciało mi się pić. Wsparłem się na łokciach i zacząłem się przyglądać. Noc była jak dobrze wyczyszczona kość, którą na darmo obgryzaliśmy. I znowu wszystko zrobiło się smutne i zimne i nieograniczone, nie było niczego, co by mnie zachęcało. Gdzieś w oddali samotne drzewa, śliwy strząsały swoje owoce – pragnęły tego. Przy ogniu Kakodaimon Cantemira wołał mnie:
- Chodź, ogrzejesz się i pogawędzimy.
Był to stary nadąsany kakodaimon. Owinął swój ogon wokół ciała i spojrzał na ogień. Nie patrząc na mnie rzekł ponownie:
- Nie mamy z tego żadnej frajdy!
Dopiero wtedy naprawdę się obudziłem i niczym spróchniałe, niebolące już dziąsło poczułem się nieistotny i śmiertelny owej nocy. Zszedłem z usypiska, na którym nocowałem i podszedłem do ognia. Kakodaimon Cantemira miał przy sobie bukłak z czarnym winem[12], który przekazywaliśmy sobie wzajemnie pociągając z niego w milczeniu. Obserwowałem go kątem oka. Twarz jego była niczym zeschnięta śliwka, jednak o innej barwie, jakby zmieszać żółć krokusa z ugrem i domieszką niebieskiego. Jednym okiem cały czas patrzył na mnie, drugim spoglądał w przeciwną stronę, prosto w kierunku konstelacji Kasjopeja, która właśnie ukazała się na niebie. Jego ubranie koloru zielonego było postrzępione – kakodaimony, nie wiedzieć dlaczego, zawsze miały upodobanie do zielonego – jego paznokcie były bardzo długie i trochę brudne, a na palcach miał liczne pierścienie z mosiądzu i cyny. Ściągnął parę znoszonych butów, a ja przez dłuższy czas podziwiałem jego kopyta. Ogon, jak już powiedziałem, owinął sobie wokół ciała. Ogrzałem się i stawałem się znużony i milczący. On, jak się zdawało, również nie był skory do rozmowy, a jednak zapytał:
- Nie masz przypadkiem trochę tytoniu?
Wyciągnąłem mieszek z tytoniem i podałem mu go. Wziął go i nie wiem, co z nim zrobił, ale potem już go nie widziałem. Nie miałem odwagi prosić go o oddanie, a więc dłuższy czas zachowywałem się tak, jakbym nigdy nie miał tego mieszka, chociaż nie myślałem o niczym innym. Zakaszlałem zmieszany i pociągnąłem z bukłaku. Ogień już przygasał, kiedy powiedziałem:
Udał, że mnie nie słyszy, więc powtórzyłem patrząc mu prosto w oczy, mimo iż to strasznie męczyło moje gałki oczne. Wytężyłem więc spojrzenie jak tylko mogłem i powiedziałem:
- Niezłe to wino! – mówiłem spokojnym głosem, wpatrując się w niego.
Zaśmiał się, odkrywając kikuty swoich zębów. Jakiś osiołek przybyły nie wiadomo skąd zaśmiał się również, odsłaniając w prześmiewczym geście ogromne dziąsła.
Duże liście żółtego tytoniu zaczęły spadać z powierza wprost do dogasającego ognia i przez krótką chwilę paliły się niebieskawym płomieniem. Ich zapach, słodkawy i kwaśny, rozszedł się po okolicy. Gwiazdy po jakimś czasie zaczęły gasnąć i zimny powiew wiatru przeszedł nam po ramionach. Zdrętwieliśmy. Pociągnęliśmy raz jeszcze z bukłaka i nabraliśmy ochoty do rozmowy. Odezwałem się:
- O tej właśnie porze Odyseusz zabijał pożądliwych i kapryśnych zalotników.
Zaśmiał się pod nosem i wyciągnął zegarek z ze wskazówkami, taki który pokazuje godzinę także bez szkiełka, przyłożył go do ucha i nasłuchiwał przez chwilę; nic nie było słychać. Potrząsnął nim, ale nic to nie dało, więc z obrzydzeniem wyrzucił zegarek do ognia i powiedział:
- Tak!
A zegarek zrobił się jak czarna plama, tykając i wskazując długą czarną wskazówką godzinę trzecią. Podniósł go z ognia i wsadził do kieszeni.
- Chyba zamarzł! – powiedział. – Tak, właśnie zabijał pożądliwych i kapryśnych zalotników! - dodał przechylając się na bok.
Wyciągnął skądś złotą wykałaczkę i zaczął dłubać nią między kikutami. Łopocząc skrzydłami nadleciały ciężko dwa fotele. Podnosząc się, kakodaimon zaprosił mnie bym zasiadł w jednym z nich, po czym usiadł i on. Siedzieliśmy jak dwaj królowie panujący nad doliną.
- Mniej więcej taka jest pogoda – powiedział – kiedy zbija się zalotników.
2. Historia z zalotnikami opowiedziana przez Kakodaimona
Zalotnicy to złowrogie istoty – powiedział kakodaimon siedząc sztywno w fotelu, a jego złota wykałaczka zalśniła w świetle księżyca - i pełne uroku. Mają słodkie spojrzenie, a w ruchach zwinni są jak węże. – dodał – ci gogusie. Nie ma łaźni tureckiej, w której byś ich nie spotkał, grają w kości na schodach do wody, potykasz się o nich, mówisz przepraszam, jak przystoi dobrze wychowanemu człowiekowi, nawet się nie krępują, zajmują się swoimi sprawami, gogusie. Wyciągasz nogę, drapiesz paznokciem dużego palca u nogi po plecach któregoś z nich, wysmarowanych wonnymi olejkami, żeby w jakiś sposób przykuć jego uwagę, lekko zabrudzona i mętna woda pluszcze. Drapiesz tak jakiś czas, ale to jakbyś drapał mury kościoła z gruba warstwą tynku.
Pewnego dnia, kiedy właśnie minęło południe, nabrałem ochoty na sorbet i chłodną wodę, niemal oszalałem z tego pragnienia, błąkając się z ta myślą po przedmieściach, wraz ze zgrają dzieciaków za mną.
- Ten to jest prawdziwy Diabeł! – powiedział jeden prostak przyglądając mi się uważnie, ale było tak ciepło, że nie zwracał uwagi na to co mówi, ja zresztą też nie.
Byłem ubrany według zachodniej mody, co w pewien sposób mi pomagało, bo mogłem wachlować się cylindrem, choć to nie wystarczało, bo upał panował jak na orientalnym bazarze, światło przebiegało po świecie jak makagig, oblepiając go. Nie wiem, co mnie naszło, ale kichnąłem, pojawiła się dziura w upale a w tej dziurze ukazał się jakiś Greczyna wystrojony i zimowy, który zaczął zachęcać mnie do tego, czego właśnie najbardziej chciałem: sorbetu i łaźni tureckiej. Dwie niskie kolczaste akacje rozdarły mi ubranie, urwałem jeden kolec i dźgnąłem mojego Greka, który posłusznie przyśpieszył kroku. Droga dłużyła się w nieskończoność pośród spopielonych drzew, czerwonawych kościołów i cuchnących stawów, rozleniwione rzęsą i jedwabiem wrzecznika. Nikt nie wiedział dokąd zmierzam i skąd przybywam. Południowa wieża huczała nad miastem oznajmiając zachodnią godzinę. Nagle zrobiła się czwarta i słońce ustawiło się lekko pod skosem względem nas, wskazując nam prawdziwą godzinę. Zostawiliśmy za sobą pustkowia i pola, grubi i pokryci tłuszczem panowie zachęcali nas do zatrzymania się w ich kawiarniach, osaczały nas słodkie zapachy, otępiające alkohole, wielki apetyt furkotał nad nami, zmagając nas. Kroczyłem tak za plecami Greka przez wąskie, zakurzone uliczki.
- Zaraz będziemy! – odezwał się Grek, a oczy jego zalśniły blaskiem zwycięstwa.
Z daleka uderzyła nas para wydobywająca się z łaźni tureckiej. Zmrużyłem oczy i zobaczyłem szyld, w kolorach czerwonym i zielonym, lekko przekrzywiony. „Łaźnia turecka”, a na jednym boku jakiegoś spoconego tłuściocha, rzucającego nam żółte i zadowolone spojrzenie. Zbliżyłem się jak tylko mogłem do niego i zdrapałem paznokciem to pożółkłe spojrzenie, przyglądając się mu. Tłuścioch otworzył usta i powiedział:
- Witamy! – a kiedy to powiedział, z jego ust utworzyło się oko, które patrzyło na nas z przesadną słodyczą.
- Wejdźmy! – powiedział Grek, a zimny pot spłynął mi po ciele.
Z daleka, słońce stało się małe jak główka martwego dziecka. Tłuścioch ze ściany zaśmiał się ochoczo i powiedział znów:
- Witamy!
Świecący szyld pochylał się w naszą stronę, a czerwone i zielone litery łączyły się w moim umyśle w napis. ”Łaźnia turecka” – przeczytałem.
Tłusty Trymalchion pokiwał głową z aprobatą i drzwi leniwie otworzyły się w naszym kierunku. Szliśmy po malachitowych płytkach w chłodnym i wiecznym półmroku. Spowił nas delikatny i aromatyczny dym, a siedzący po turecku jegomość z nargilą, pykając leniwie, powiedział:
- Ja jestem właścicielem!
Uradowany, że to on jest właścicielem, odpowiedziałem:
- Cieszę się!
Gdzieś z daleka dobiegało pluskanie wody. Mój Grek zniknął nie wiadomo gdzie. Nic mnie już nie obchodziło, kiedy powiedziałem:
- Chciałbym zażyć kąpieli!
Spojrzał na mnie zdziwiony, podniósł się, słaby i długi, i obojętnym głosem powiedział:
- Niech będzie! - po czym klaszcząc, przywołał dwóch dryblasów, którzy chwycili mnie pod pachy i zaczęli mnie nieść. Kiedy doszliśmy do wody dali mi szturchańca i wpadłem do basenu jak do korytka. Jeden z nich rzucił mi strasznie zniszczoną książkę i powiedział:
- Poczytaj sobie, aby czas ci zleciał!
Otwarta książka unosiła się na wodzie, a ja, przyciągając ją do siebie przeczytałem: „Usunął też z kraju resztę uprawiających nierząd sakralny, który trwał za czasów jego ojca Asy”[13].
I dalej:
„Poszedł bowiem na służbę Baala i oddawał mu pokłon, czym rozdrażnił Pana, Boga Izraela, zupełnie tak, jak uczynił jego ojciec”[14]. Słowa te połechtały moją duszę. Książka upadła na dno i nie można było już nic przeczytać. Uradowany tym, co przeczytałem, przechadzałem się we wodzie tam i z powrotem. Woda była to ciepła to zimna, a w miejscu, gdzie była cieplejsza wyciągnąłem się na stopniach usiłując się zdrzemnąć. Kiedy się obudziłem, doszedł mnie hałas nierozróżnialny. Nad nami rozciągał się przyjemny półmrok, a plusk wody przypominał mi o tym, co się wydarzyło i o tym gdzie teraz jesteśmy. Jakiś blady tłuścioch wiercił się wokół mnie, a ujrzawszy mój ogon ucieszył się jak głupek i patrząc na niego powiedział w końcu:
- Mogę położyć na nim rękę? – i nawet wyciągnął rękę jak kabaczek, chcąc mnie chwycić za ogon. Białe plamy, świecące się ciała pluskały się wokół mnie i chichotały jak szalone. Mój tłuścioch wzdychał w taki sposób, jakby przełykał zbyt duże kęsy jedzenia, które bardzo mu smakowało, po czym powiedział:
- Zaczekaj, nie ma pośpiechu!
Podniosłem się i pomachałem mu ogonem przed nosem. Widać, że to bardzo mu się podobało, bo z bladego zrobił się czerwony i kwiczał jak zarzynane prosie. Swawola wokół mnie nasiliła się i wówczas jednym skokiem znalazłem się ponad nimi, dar rozwarł się nade mną i wkrótce znalazłem się w pyle na środku drogi, a ściekająca ze mnie woda zbierała się wokół mnie – coraz więcej coraz bardziej cuchnącej wody – aż zrobiło się ogromne bagno, które poczęło mnie powoli wciągać.
2. Kłótnia pandidascalów
Poranek jak po wielkim pijaństwie spowił nas ostatecznie. Bladzi, wysocy i nieprzejednani siedzieliśmy w naszych fotelach. Chłód nocy i mgła zebrała się w naszych oczodołach, a więc bez zbytniego żalu ruszyliśmy na równinę. Myśli nasze otępiałe, niczym chłodne wolne ptaki nie dawały nam spokoju. Błękitne niebo zakryło nas.
Naszym oczom ukazał się czerwonawy gród. Kroczyliśmy wąskimi uliczkami, wychudzone psy łypały na nas złym wzrokiem – nie zwracaliśmy na nie uwagi i kroczyliśmy dalej. Podobne do piersi, obłędne wieże wychodziły nam na przeciw w niebo. Zegary na wieży rozpoczęły nagle wybijać wieczną godzinę.
- Już czas! – powiedział kakodaimon. – Chodźmy!
Ruszyłem za nim i wkrótce dotarliśmy do okrągłego placu z licznymi fontannami ozdobionymi smokami i chimerami. Na budynku ogromnym jak ratusz powiewały wielokolorowe flagi. Okrążyliśmy jedną z fontann, aby dotrzeć do budynku. Nikt nie wyszedł nam na spotkanie, ale wydawało się, że kakodaimonowi to nie przeszkadzało.
Kongres pandidascalów zaczął się, kiedy dotarliśmy. Pewien jegomość, z lejkiem, krzyczał coś z trybuny, a starsi panowie poruszali swoimi rożkami do słuchania w rytm jego krzyków. Kakodaimon Cantemira pociągnął mnie za sobą i usiedliśmy za stołem prezydium, przy którym pracowało czterech C o kwaśnych minach. Przybrałem – na ile tylko byłem w stanie – kwaśną minę i zacząłem się przysłuchiwać. Jegomość z lejkiem nadal wykrzykiwał coś, czego mój umysł nie był w stanie rozróżnić, lecz skoro inni wydawali się go słuchać, to i ja usiłowałem tak postąpić, ale nie wytrwałem w tym długo. Znacznie bardziej absorbował mnie ruch rożków do słuchania, którymi operowało audytorium. W pewnym momencie, jak przez mgłę, zacząłem rozumieć. Chodziło o fasolę, którą Grecy nazywają kyamos, a której Pitagoras wzbraniał się jadać. I o tym, jak bardzo nienawidził on – Pitagoras znaczy się – kucharzy, myśliwych wołu pociągowego i baranów.
Część Pandidascalów odłożyła rożki i zaczęła bić brawa, inni spoglądali posępnie. Kiedy brawa ucichły, pewien stary Pandidascalus, któremu ślina ściekała po kącikach ust, poprosił o udzielenie mu głosu i prezydium przystało na to. Podszedł więc do mównicy, wyciągnął skądś porcelanową protezę i z gracją włożył ją sobie do ust. Po jej założeniu napił się wody z karafki i zaczął w ten sposób:
- Przed Pitagorasem był najpierw Ajtalides, syn Hermesa, później Euforbos, następnie: Hermotimos, Pyrrus – rybak z Delos – a dopiero na końcu, po nich wszystkich, był Pitagoras.
W tym miejscu zakrztusił się i przez dłuższy czas nie mógł nic powiedzieć z powodu kaszlu. Kaszlał jednak tak dobrze, że wszyscy myśleli, iż mówi dalej i kiwali głowami z aprobatą, a kiedy skończył kaszleć, tym razem druga połowa pandidascalów zaczęła go oklaskiwać. Nie zakończył w sposób, w jaki się spodziewałem, ponieważ powiedział:
- A teraz zobaczymy, co powie o tym wszystkim Jamblich.
I zaczął opisywać przyjęcie, które wydał Pyrrus, rybak z Delos, kiedy wydał za mąż, za jednego Brontinusa (zaufanego człowieka tyrana Polikratesa), swoją drugą córkę, akurat w roku, w którym fasola kyamos obrodziła.
Nagle nastała nas zima – podczas kiedy stary pandidascalus rozprawiał tak, okna otworzyły się gwałtownie i wesoło, a śnieg posypał się na nas, a zamieć uderzyła nas w twarz. Spojrzałem. Wielkie zaspy śniegu zaległy plac, a z nieba bezustannie lało się wieczne światło. Niezmącony tym pandidascalus mówił:
- Ale czymże jest fasola, którą Grecy nazywają kyamos?
Klasnął w dłonie i dwóch służących przyniosło wielką parującą misę oraz chochlę i postawili przed nim. Włożył chochlę do misy, siorbnął głośno i zaczął jeść, jakby nic go nie obchodziło.
Między kolejnymi przełknięciami powiedział:
- Jest boska!
Pandidascalowie z jego obozu, uradowani, zaczęli go oklaskiwać. Łakomczuch z mównicy szybko skończył zawartość misy, na końcu beknął z zadowoleniem i powiedział:
- Tak samo postępował Pitagoras!
Jeden z pandidascalów odłożył swój rożek do słuchania, podszedł do mównicy, przedstawił się jako doktor medycyny i wyciągnąwszy rurkę, przystawił ją do brzucha tego, który właśnie zjadł fasolę kyamos i zaczął nasłuchiwać, co się dzieje w środku. Następnie zmierzył mu puls, obejrzał język, który tamten posłusznie wyciągnął jak najdalej, a w końcu ogłosił, że mówca jest zdrów jak ryba. Wybuchły okrzyki „hura” i pokonani pandidascalowie nachmurzeni opuścili salę.
3. Bankiet pandidascalów
Bankiet pandidascalów rozpoczął się koło godziny ósmej wieczorem w salonach Ratusza. Ktoś zatrzymał śnieżycę i plac z fontannami rozświetlały teraz tysiące pochodni. Chimery z fontann rozpoczęły pełen gracji taniec, rozwiewając zalegający śnieg jak konfetti i intonując pieśń pochwalną na cześć zwycięskich pandidascalów. Setki wielokolorowych powozów przywoziły pandidascalów z miejsc, w których byli aż do rozpoczęcia imprezy, i zostawiały ich przed marmurowymi schodami ratusza, gdzie dwóch służących w liberii zmiatało ze schodów śnieg naniesiony przez powozy. Mnóstwo spokojnych mieszkańców miasta gromadziło się zaciekawionych na placu, a z powodu ich gorących oddechów, śnieg po pewnym czasie zaczął topnieć i zbierać się w małe srebrzyste kałuże. Zaproszeni goście ciągle przybywali, a kiedy pojawiły się kakodaimony prowadzące kongres, tłum rozpoznał ich – zaczął wznosić okrzyki i bić brawa. Kakodaimony zamerdały ogonami na znak zadowolenia, podczas gdy ludzie odpowiedzialni za porządek torowali im drogę przy pomocy krótkich sękatych kijów. Nieoficjalny malarz począł szybko malować pędzelkiem obrazek, na którym łatwo można było rozpoznać ratusz i cztery kakodaimony machające ogonami. Udekorowano go orderem Srebrnego Pandidascalusa i podniesiono do rangi Kawalera Miasta. Chimery odśpiewały na jego cześć krótki hymn pochwalny. Później zostawiono go na łaskę pańską.
[1] Batawczyk – mieszkaniec Batawii (Dżakarty), stolicy Indonezji.
[2] Athanasius Kircher (1602- 1680 r.) – niemiecki teolog i jezuita, wynalazca i konstruktor, znawca języków orientalnych, badacz hieroglifów egipskich, medyk i teoretyk muzyki. Autor ponad 40 książek i 2000 listów.
[3] Mundus subteraneus, quo universae denique naturae divitiae - dzieło Kirchera z 1687 r.
[4] Namiętności duszy, dzieło Kartezjusza z roku 1649 r. [wydanie polskie: Wydawnictwo Antyk, 2001, tłum: Ludwik Chmaj]
[5] Horapollon - żyjący w V wieku n.e. grecki uczonego z egipskiej Aleksandrii. Wnuk, syn i bratanek neoplatończyków, wybitnych znawców epoki staroegipskiej i wykładowca literatury i filozofii. Dzieło Hieroglyphika napisał po grecku, bo takim językiem mówił na co dzień on sam i cała Aleksandria. Przedstawił w nim 189 egipskich hieroglifów, nie tylko interpretując je w duchu greckim, odwołując się do greckiej kultury, a nawet przyrody, ale i wprowadzając całą grupę hieroglifów w ogóle nieistniejących. Horapollon, Hieroglify, Wrocław 2004. Przekład i opracowanie: Jerzy Korczak
[6] Nicolaus Olahus, węg. Oláh Miklós (1493 – 1568 r.) - węgierski historyk, poeta i humanista pochodzenia wołoskiego.
[7] Jan Amos Komenský (1592- 1670 r.) – czeski pedagog, filozof reformator i myśliciel protestancki. Senior braci czeskich w Lesznie. Jego dzieło Pampaedia pochodzi z roku 1656 i poświęcone jest między innymi koncepcji wychowania do starości. Komeński postulował w niej uruchomienie zgodnie z fazami życia 8 instytucji wychowawczych, w tym "szkołę starości" (Schola Senii) i "szkołę śmierci" (Schola Mortis).
[8] Rozdział VII z dzieła Pampaedia, zatytułowany: „Pandidascalia – o nauczycielach wszechrzeczy, to jest tych którzy powszechnie będą kształcić umysły, nauczycielach pampedycznych umiejących uczyć wszystkich wszystkiego i gruntownie – jak bardzo są potrzebni i czego się od nich wymaga”, zob. Jan Amos Komeński, Pampaedia, tłum. Krystyna Remerowa, Wrocław 1973, s 106.
[9] Ibidem, s. 106.
[10] Ibidem, s. 108-109.
[11] Księga Psalmów, Ps 131
[12] Klasyczne francuskie wina czerwone pochodzące z regionu Cahors – wyjątkowo skoncentrowane i intensywne uzyskały miano „czarnych” w XIX wieku, gdy często używano ich do kupażowania z niektórymi lżejszymi winami Bordeaux.
[13] 1 Krl 22:47 (Tłumaczenie wg. Biblii Tysiąclecia).
[14] 1 Krl 22: 54 (Tłumaczenie wg. Biblii Tysiąclecia)












